Jak słoik zakochał się w Warszawie w 48 godzin?

Warszawa była kiedyś moją Ziemią Obiecaną.

Przeprowadziłam się tutaj żeby podjąć naukę w jednym z liceów z nauczaniem dwujęzycznym i dla prostej dziewczyny, z małej miejscowości na Podlasiu, stolica była marzeniem.

na Podlasiu

Muszę przyznać, że od razu się polubiłyśmy, ale tak trochę na dystans.

Było fajnie, jak można było wyjść nad Wisłę i się spotkać ze znajomymi. Mniej fajnie, jak złośliwa motornicza zamykała mi po kolei drzwi przed nosem kiedy spieszyłam się do szkoły.

Związek z Warszawą był tym z rodzaju skomplikowanych.

Kiedyś myślałam, że kocham duże miasta. Wierzyłam w stereotypowy American Dream, który przemawiał do mnie z licznych seriali amerykańskich, od których właściwie byłam uzależniona.

Rozumiecie – praca w korporacji, kawa ze Starbucksa i siłownia po pracy.

Taka była dla mnie odległa wizja mojego życia w Warszawie. Bo na początku myślałam, że chcę zostać. Na dłużej.

Los zdecydował inaczej…

Po trzech latach wyjechałam do Brisbane w Australii i dotarły do mnie dwie rzeczy.

1) Nie tęsknię za Warszawą.

2) Tak naprawdę nie znam dobrze Warszawy.

Trochę wstyd.

Trzy lata w jednym mieście, a ja nawet nie zadałam sobie trudu żeby na stolicę spojrzeć z innej strony. Wiem, to była tylko i wyłącznie moja wina.

Niestety, kiedy zdałam sobie z tego sprawę miałam już swoje australijskie Brisbane, które oczarowało mnie od razu po przylocie.

Ale, ale…Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.

Wróciłam do Warszawy.

Flaga w Warszawie

Nie chciałam. Nie tęskniłam. Bałam się powrotu do polskiej rzeczywistości, która tak bardzo różniła się od australijskiej.

I czekała na mnie niespodzianka…

Po krótkim pobycie w Indiach, Warszawa mnie zachwyciła. Dobrze skomunikowany transport publiczny, dużo młodych ludzi, zielone parki. WOW.

Szybko jednak ekscytacja ustąpiła miejsce znużeniu i irytacji. Znowu motornicza zamyka mi drzwi przed nosem, właściciele psów nie sprzątali po nich w parkach, a panie w kasach częściej częstowały mnie wzrokiem który zabija niż uśmiechem.

Stąd właśnie narodził się pewien plan, na którego wykonanie miałam 2 dni. Czyli…

Misja na 48 godzin.

Tuż przed swoim wyjazdem do Danii (PS Ten post tworzę siedząc na lotnisku) postanowiłam odczarować sobie Warszawę. Chciałam zapamiętać to miasto jak miejsce, do którego będę chętnie wracać, a nie jako przystanek przed powrotem na Podlasie.

Swoje ostatnie 2 dni postanowiłam poświęcić na odwiedzanie ciekawych miejsc, do których wcześniej nie udało mi się zawitać.

Czyli: Jak zakochałam się w Warszawie w 48 godzin?

1. Niewidzialna wystawa

Aż wstyd się przyznać, że budynek, w którym znajduje się ta niezwykła wystawa jest w odległości ok. 5 minut od mojego miejsca zamieszkania. Ups.

Niewidzialna wystawa

Na wystawę zdecydowałam się po usłyszeniu i przeczytaniu bardzo pozytywnych opinii, którym udało się ją odwiedzić.

Nie wiedziałam czego się spodziewać. Chciałam dać się zaskoczyć i nie będę kłamać – udało im się. Nie mogę zdradzać szczegółów (takie zasady), ale napomnę tylko, że Waszym przewodnikiem jest osoba niewidoma, która pokazuje Wam swój świat.

Doświadczenie wzbudza bardzo wiele emocji. Nie chcę mówić, że to jest tylko dla wytrwałych, ale muszę dodać, że u mnie pojawił się w pewnym momencie strach i duże uczucie dyskomfortu. Ale to wiele uczy. Bardzo dobra lekcja. Polecam.

2. Hala Mirowska

Znowu wstyd się przyznać, że do tej pory Halę Mirowską oglądałam zawsze tylko zza szyby tramwaju… Nie tym razem.

Hala Mirowska

W poniedziałkowy poranek spakowałam do plecaka aparat i pomaszerowałam z placu Zawiszy do Hali Mirowskiej. Powietrze było przesiąknięte zapachem kwiatów i owoców. Świetne, autentyczne miejsce, które fajnie podtrzymuje tradycje handlu świeżymi produktami na stoiskach.

Kupiłam soczyste maliny, zrobiłam zdjęcia, naćpałam się zapachem kwiatów i powędrowałam dalej.

3. Godzina W

Pierwszy raz byłam w Warszawie w rocznicę Powstania Warszawskiego.

Powstanie Warszawskie

Prawie się to w tym roku znowu nie udało (planowałam być w tym czasie na Islandii), ale los chciał, że 1 sierpnia o godzinie 17:00, znalazłam się jednak  w centrum.

To powinien być punkt obowiązkowy dla każdego Polaka. Nie chcę się wdawać w dyskusje dotyczące słuszności/niesłuszności powstania, ale atmosfera tego, jak Polacy – mieszkańcy Warszawy, się jednoczą w ten szczególny dzień, jest nie do opisania. Ciarki.

4. Zachód Słońca nad Wisłą

Oklepane, ale zachwycające. Podczas tego krótkiego pobytu w Polsce, między powrotem z Azji, a wyjazdemndo Danii, starałam się jak najwięcej razy udać się nad Wisłę i posiedzieć z książką przy zachodzącym słońcu.

Zachód Słońca nad Wisłą

Nie inaczej było i tym razem. Dla mnie był to punkt obowiązkowy na liście tuż przed wyjazdem. Warszawskie zachody słońca dorównują tym australijskim, które tak bardzo pokochałam.

5. Bar mleczny

Nigdy nie tęskniłam za polskim jedzeniem. Ba! Tak naprawdę,to nie lubię większości polskich dań!

Jednak warszawskie bary mleczne były na mojej liście „must-go”. W weekend wybrałam się do osławionego Baru Familijnego na Nowym Świecie. Natomiast, w czasie „misji” padło na Zaścianek, który zdarzyło mi się już odwiedzić wcześniej.

Smacznie, taniutko i dosyć klimatycznie. To był dobry przystanek. Nic dodać, nic ująć.

6. Ogród Saski

W Warszawie uwielbiam to, że jest zielona. Pola Mokotowskie, Las Kabacki czy Łazienki to miejsca, z których zazwyczaj nie wyszłabym wcześniej niż po 4h.

Pochodzę z zielonego Podlasia, które kiedyś ślepo zamieniłam na biurowce i ruchliwe ulice. Nie żałuję, ale tęsknię za obcowaniem z naturą. Na moje szczęście, Brisbane było jeszcze bardziej zielone i spokojne niż Warszawa.

Ogród Saski

W ostatni dzień pobytu w stolicy odwiedziłam Ogród Saski, który zalicza się do grona moich ulubionych warszawskich parków. Po drodze odwiedziłam też Grób Nieznanego Żołnierza, który jest tuż obok i…

Wpadłam jak śliwka w kompot. Udało mi się odczarować sobie Warszawę.

Cieszę się, że między pakowaniem, bieganiem do kantoru i ogarnianiem spraw związanych z wyjazdem, udało mi się dotrzeć do kilku miejsc, które od zawsze były na mojej liście. Taki smaczek Warszawy niestandardowej.

Standardowo było natomiast w weekend. Polecam wszystkim Free Walking Tour’y, które odbywają się codziennie w różnych językach i wyruszają spod Kolumny Zygmunta. Mi się udało dotrzeć na jeden z nich w sobotę i przejść się warszawskimi ulicami słuchając o Warszawie podczas okupacji.

Wycieczki są tematyczne i darmowe (bazują na napiwkach) i świetnie przygotowane. Jeśli znacie angielski – koniecznie poświęccie któregoś dnia 2 h na jedną z takich wycieczek. Zapewniam, że otrzymacie solidną dawkę informacji o historii Warszawy w różnych kontekstach. Bardzo polecam.

Tymczasem, zieloną Warszawę zamieniłam na niebieskie Horsens w Danii, które leży nad Morzem Bałtyckimi. To będzie mój dom przez najbliższe miesiące. Nowy słoik w nowym mieście, w którym też wypadałoby się zakochać 🙂

Wpadajcie z odwiedzinami. Koniecznie!

Do napisania,

Kas

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *